czwartek, 7 lipca 2011

Parszywie jakoś

Smutno mi. To sobie znalazłam piosenkę pasującą dokładnie do klimatu:



Ale trzydzieści osiem lat to żaden wiek w sumie. Nawet nie półwiecze...

wtorek, 5 lipca 2011

Obywatelu, zrób sobie dobrze sam...

Southampton tonie w śmieciach. Strajk śmieciarzy jest, gdyż albowiem rząd obciął fundusze na samorządy, samorządy obcięły fundusze na podwyżki, a śmieciarze strajkują, bo mogą.

Southampton City Council wystosował do szanownych obywateli gorliwe w brzmieniu pisemko o tym, że gorąco wierzy, iż Szanowny Obywatel okaże cierpliwość i dobrą wolę i sam sobie będzie wywoził śmieci. Na pisemku były adresy dwóch miejsc, gdzie te śmieci można dostarczać, natomiast żadnej informacji o tym, kiedy będzie koniec strajku. Wlazłam zatem na oficjalną stronę Councilu i dowiedziałam się, że wielmożni strajkujący uprzejmie będą wywozić śmieci od czasu do czasu tu i ówdzie, nie wiadomo jednakże, gdzie. Wiadomo natomiast, że śmieci znajdujące się poza kontenerami wywiezione nie zostaną, bo tak.

Dostaję szału. Okna pracowni wychodzą na śmietnik, wyjątko co prawda jak na UK zabudowany i pod daszkiem, zatem nie widać (jeszcze) zgromadzonych w nim atrakcji. Zaobserwowałam jednak podejrzaną aktywność muszek owocówek. Droga do pracy, do tej pory przyjemna ze względu na przepięknie zagospodarowane ogródki, stała się przykra z powodu wypchanych po niebo kubłów na śmieci, a wonie po prostu rzucają o chodnik. W centrum miasta byłam ostatnio półtora tygodnia temu, wyglądało toto tak:
Kuba dzisiaj brodził w śmieciach po kostki...Czekając rano na autobus, cyknęłam taką focię:
Miasto - wysypisko. A po południu poderwał nas hałas pod oknem i rzuciliśmy się jak dwa głupki do okna, ucieszeni, że śmieci WRESZCIE wywiozą:
I co? Okazało się, że opróżnili tylko kontenerek na puszki i tworzywa sztuczne. Wszelkie domowe obyyrzyyyydlyyystwa tkwią nadal i są coraz bardziej obrzydliwe... Bue...

Jeśli chodzi o Southampton City Council, to podpadł nam dzisiaj w jeszcze inny sposób.
Wprowadzenie: gdy w UK ktoś zajmuje lokal mieszkalny to, niezależnie czy jest to właściciel, najemca czy też dziki lokator, ma obowiązek płacić tak zwany council tax, czyli podatek, z którego finansowane są służby miejskie takie jak policja czy też właśnie śmieciarze.

No, a my się przeprowadzamy w połowie lipca i Kuba zadzwonił do councilu, żeby zgłosić, że od tej połowy płacimy councilowi w Reading, i że wpłynie od nas tylko połowa miesięcznej opłaty. I cóż się okazało? Że mamy prawie 500 funtów NADPŁATY! Nie, żeby nas to martwiło, wręcz przeciwnie. Przeanalizowaliśmy jak powstała superata. Przypomnieliśmy sobie, że kiedyś, na początku naszej przygody z UK, ktoś nam mówił, że CT płaci się w 10 ratach, ale jakoś nie zweryfikowaliśmy tej informacji i Kuba płacił via internet banking co miesiąc. Śmierć frajerom, ale...

Ale okazało się, że nadpłata narasta jeszcze od czasów Warrington! Te gnoje z urzędów wyliczały nam wysokość rat podatku, wysyłały informację o nich, ale nikt nie był uprzejmy napisać nam o nadpłacie. Trzeba było dopiero drugiej przeprowadzki, żeby informacja o tym wypłynęła przez przypadek.

No co za parszywce. Kredytujemy ich od czterech lat i nawet śmieci nie wywożą!!! :-///

sobota, 25 czerwca 2011

Reading

Pożyjemy, zobaczymy.

Na razie przewieźliśmy się tam, utknęliśmy w sobotnim korku, zeżarliśmy obiad w McDonald's i obejrzeliśmy 3 mieszkania. W planach było pięć, ale jedno odpadło - z agencji zadzwonili, że właśnie poszło do ludzi, a drugie - bo mieliśmy się spotkać z właścicielem, ale jakoś był się spóźnił. Łaski bez, pojechaliśmy do pubu.

Z tych trzech oglądanych jedno było tragiczne, śmierdzące wniebogłosy, pokryte przegniłymi wykładzinami, oszklone pojedynczymi szybami w połuszczonych ramach okiennych, z kuchnią jak koszmar senny bufetowej z 'Misia', w dodatku z zaporową ceną. Niezwykłość zjawiska polegała na tym, że znajdowało się w sympatycznym budynku, w rewelacyjnej okolicy całej w kwiatach i drzewach, pełnej miłych domków. Szok wywołany kontrastem zewnętrza i wnętrza po wejściu do mieszkania niemal zwalił mnie z nóg. Kolejne było znośne, w okolicy takiej sobie, ale świeże i bezwonne, ze sporą i dobrze urządzoną kuchnią, za to całe w błękicie, fuuuj. Błękitne wykładziny, zasłony i kafelki. W centrum miasta.

Natomiast to trzecie jest fajne i oby tak zostało. Wydzielone z piętrowego domku, parter, do centrum dotrę w jakieś 25 minut autobusem, przystanek jest w pobliżu domu. Dzielnica może nie ekskluzywna, ale dosyć elegancka, cisza i spokój - przynajmniej na pierwszy rzut oka. Chałupa one bedroom, czyli na nasze - sypialnia i salon. Do tego niewielka, ale zupełnie nowa kuchnia, minimalna łazienka z kabiną prysznicową, kibelek w komórce pod schodami, grzyba nie wywęszyłam i oby się nie zalągł... Okna w odremontowanej części nowe, w jednym pokoju pojedyncze, ale w bardzo dobrym stanie, z drugiego pokoju przechodzi się do konserwatorium, a stamtąd do ogrodu który jest duży i nie wiem, po co mi taki, ale się cieszę :-) Pierwsze, co pomyślałam, to że posadzę sobie tam krzak pomidora, chociaż nie wiem skąd go wziąć. Rowery schowamy w szopie na podwórzu (nie w szafie, jak dotąd), na werandzie zrobię pracownię deku i będę hodować kwiaty. Takie są plany. Potem znajdę pracę.

Zdjęcia wzięłam ze strony agencji i nie oddają rzeczywistości. Jest tam ładniej i jaśniej, aczkolwiek elektryczny kominek jest faktem, niestety. Ale poza tym się nie czepiam, mimo że do kuchni wchodzi się bezpośrednio z dworu. Proszę:










Przeprowadzamy się w połowie lipca. Kolejne zdjęcia będą, jak się urządzimy.

sobota, 18 czerwca 2011

Po powrocie

Przepocieszne.

Przez te parę dni pobytu w Polsce narzekałam co sił w płucach na panujące tam temperatury - jestem zimnolubna, a upały były bez przerwy. Ciągle chodziłam przegrzana, spocona i zdawało mi się, że śmierdzę, aczkolwiek podejrzewam, że to tylko nerwica natręctw. Wkurzałam się na siebie, że do walizki wpakowałam niepotrzebnie ciężką, grubą koszulę i polar, na wszelki wypadek.

No i błogosławiony polar uratował mnie wczoraj od śmierci z wychłodzenia. Ino wysiadłam na Stansted, ogarnął mnie przejmujący chłód i trzyma do tej pory. Wieczór po powrocie spędziłam zawinięta w ciepłą bluzę, a i tak mam katar. Niebo jest zasnute chmurami, ale oczywiście pogoda wpuściła mnie w kanał, bo rano wyprałam szmaty z podróży i wywiesiłam je na dworze - świeciło słońce, powiewał wiaterek i nawet było ciepło... Lać zaczęło, ledwo wróciłam do domu. Pranie wisi, nie chce mi się targać mokrych szmat do domu. Najwyżej zgniją, co mi tam...

(Nieco później)
Poważnie zastanawiam się, czy nie włączyć ogrzewania. Zamarzam.

Na rozgrzewkę kilka zdjęć z Polski, gdzie narzekałam, jak to niefajnie gorąco jest :-)
Najpierw widok na dachy domów przy wrocławskim Rynku:
 
 Piwne menu w 'Spiżu', czekoladowe mnie intryguje, ale nie miałam czasu skosztować:
Ostrów Tumski:
 
 A to odbudowywana właśnie wieża ratuszowa w Strzelinie:
 A także chabry i maki na Wzgórzach Strzelińskich:
 
 
 
 I jakaś ruinka niedaleko Strzelina:

Ledwo wróciłam, a już tęsknię...

wtorek, 14 czerwca 2011

Dziki bez

Pachnę dzikim bzem. Łapki mam żółte od pyłku...

Pozostałe atrakcje to płuca pełne kurzu z szosy, poparzone pokrzywą stopy i dłonie, ukąszenia po komarach i końskich muchach... Wycieczka z Tatem w celu uzyskania surowca na syrop przeciwkaszlowy :-)

Tato fajnie wyglądał z łysiną posypaną drobnymi kwiatkami, szkoda że nie mam zdjęć...

A w ogóle to dlaczego to piszę i piję piwo, zamiast zmywać kurz i pyłek pod prysznicem? Może dlatego, że ten zapach jest taki miły i przypomina mi dzieciństwo - koło naszego bloku rósł głogowy żywopłot, a przy nim krzak dzikiego bzu. W czerwcu bawiłam się kwiatami, a jesienią zrywaliśmy kiście baaaardzo brudzących bzowych kulek. I te kruche, łamliwe gałęzie - poręczne do dziecięcych zabaw.

A z drugiej strony bloku, pod murem oddzielającym od sąsiedniej posesji, były jaśminy.

I, uwaga! One nadal są :-) I głóg też, chociaż poszerzono ulicę i otoczenie budynku wygląda już zupełnie inaczej. Minęło raptem z dwadzieścia pięć lat... Więcej?

A na zdjęciach - z braku polskich - zdjęcia z Winspit Seacombe, gdzie  w zeszłym tygodniu rwałam dziki bez - również na syrop.
 

czwartek, 2 czerwca 2011

Kieckę chcę...

Dzisiaj poszłam szukać kiecki.

Nie znalazłam.

Ech, kurde, wiem że to tylko i wyłącznie moja wina, że posturą przypominam nieco zabiedzonego słonia. Ale przemierzyłam dzisiaj wzdłuż i  wszerz większość southamptońskich sieciówek i obmacałam prawie wszystko, co było na wieszakach. A na wieszakach wiszą głównie konstrukcje złożone z tandetnych szmat wzmocnionych sznurami cekinów i korali. W 99% przypadków te konstrukcje nie posiadają rękawów, tylko cieniutkie ramiączka, co dla kobiety z moim rozmiarem cycków jest raczej niewskazane. Pół procenta szmat ma rękawy w formie frywolnych motylków lub bufek i wygląda to na mnie równie dobrze jak ramiączka o grubości makaronu...

No, ale wypatrzyłam jedną taką, co była prawie cudowna - krój, rękawy, materiał, kolor, no po prostu ideał, gdyby nie to, że do kolan, a nóżki mam ci ja nie za bardzo. No to nie, jednak nie...  Zrozpaczona poszłam szukać dalej.

I znalazłam ciuch w identycznym kształcie, takiż krój, podobne rękawy, a długość nawet nawet...

I byłoby świetnie, gdyby nie była w fioletowo-pomarańczowe kwiaty :-///

poniedziałek, 30 maja 2011

Się cieszę dzisiaj!

Ha! I hurra!

Sprzedałam dzisiaj - przez sklepik internetowy Folksy - drugą rzecz. Co prawda na razie nie zarobiłam fortuny, ale od razu oczyma duszy zobaczyłam te setki egzemplarzy mojego rękodzieła rozchodzące się jak świeże bułeczki, a także zaczęłam liczyć mamonę, którą zarobię mimochodem, robiąc to, co lubię ;-)

Cóż, dzielić skóry na niedźwiedziu nie należy, ale dlaczego mam się nie cieszyć, prawda? A oto graty, które udało mi się upłynnić:

Natomiast co do reszty życia, to tak sobie jest. Kuba dojeżdża od paru dni do Hook i urąga na wszystko, począwszy od swojej firmy, przez korki w Soton i na autostradzie, ceny paliwa, ceny komunikacji publicznej oraz jej jakość, a zakończywszy na parszywym Rolandzie, czyli szefie, który okazał się pajacem, palantem (i jeszcze parę epitetów niecenzuralnych) i zgodził się na przeprowadzkę firmy bez zasadniczego ekwiwalentu finansowego dla pracowników. Cóż, większość zespołu JUŻ odeszła, jeden z konsultantów złożył wypowiedzenie, a następnego dnia znalazł się w szpitalu z problemami sercowymi, a Kuba kurwuje wniebogłosy i zastanawia się, czy kontaktować się z headhunterem. Pewnie tak zrobi w najbliższym czasie. Jeśli nie - będziemy się przeprowadzać do Reading lub Basingstoke. Nie chcę!

W każym razie nastroje mamy pieskie i głównie marudzimy, zamiast cieszyć się życiem i faktem, że nic w zasadzie nam nie dolega, nie brakuje i nie jest źle, w porównaniu...

A w ogóle CAŁY MAJ był (no jeszcze jest w sumie...) zimny i paskudny, ostatnie dni są zamżawione i nie zachęcają do rozrywki na świeżym powietrzu - a mamy Bank Holiday i trzy dni sterczymy w domu jak te kołki, żłopiąc piwko i pogryzając orzeszki. Boszzzz, znowu przytyłam. Zmusiłam dzisiaj Kubę, żeby wyjść z domu mimo mżawki - i dobrze, bo znaleźliśmy przepiękny kawałek New Forest i nawet nie padało w czasie spaceru :-)
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

I chyba zaraz coś zdekupażę, bo mam motywację ;-)