sobota, 5 lipca 2014

Zimny Łokieć Mega Party

Znalazłam to dzisiaj na dysku i się wzruszyłam. Studencka impreza pod hasłem 'disco polo' we Wrocławiu, sprzed ośmiu lat. Dałam się zaciągnąć siłą (już od dawna nie byłam studentką) i bawiłam się jak nigdy w życiu. Jeśli ktoś się przyjrzy, to mnie znajdzie w tłumie. Na czerwono, podpowiem. I Mirek się tam buja.
Na YT sama wrzuciłam.

I może zaglądają tu osoby, które pamiętają 'bułgarską bakterię'. To się wzruszcie. Chyba żeby nie...

Quidam Pilgrim

Wrzucam to na bloga, żeby nie zgubić. Bo odkryłam pół roku temu z okładem, posłuchałam i mi gdzieś umknęło, a szkoda by było stracić na zawsze...



środa, 2 lipca 2014

Zestaw 'Mały Drukarz'

Wspomnienia...
Od paru dni oglądamy z Kubą serię '07 zgłoś się' z dzielnym porucznikiem Borewiczem na tropie zbrodni. Rozczulamy się, widząc zgrzebny peerelowski 'wielki świat' - szansonistki, striptizerki, kurwy w cekinach i wąsatych alfonsów, gangstera Cappucino i jego antagonistę Kopi (policjanta z niujorku), których dialogi są równie wartkie, jak w 'Bułgarskim pościkku' Zespołu Filmowego SKURCZ. Wzruszamy się, oglądając wyścigi kanciaków, białego poloneza zwanego 'borewiczem', najnowocześniejszą technologię w służbie Milicji Obywatelskiej (faxy, dalekopisy, telefon z antenką, rezerwowanie czasu komputera), akcje antyterrorystyczne grupy Dziewulskiego, amfibię, helikoptery i podrabianie złota za pomocą ołowiu i szkła... O ścianę rzuca zarówno makijaż aktorek, jak i dobra prezentowane na Bazarze Różyckiego. Agresywna propaganda dobrego (wykształconego, inteligentnego, bezpartyjnego) milicjanta z ludzką twarzą boksera wzbudza tylko zażenowanie. Aczkolwiek teksty Cieślaka bywały naprawdę fajne.

No, ale nie o tym miałam, tylko jak zwykle zaczęłam wstęp i nie umiałam skończyć. Gdyż albowiem dzisiejszy odcinek ('Grobowiec rodziny von Rausch') wywlókł traumę z dzieciństwa i uważam, że muszę się z tą traumą rozprawić, przeanalizować i zapomnieć na zawsze. Nie umiem wskazać, które fragmenty filmu wywołały wspomnienia, przypomniało się BO TAK i nie ma o czym dyskutować.  W sumie to chyba będą dwie traumy, jedna za drugą, i obie dotyczą Taty. Tata, weź to na klatę.

Pierwsza trauma:
Przyszłam do Taty i powiedziałam: 'Tata, zrób mi procę'. Tata wziął się do sprawy profesjonalnie, wygiął przemyślnie stalowy drut, przyczepił plecioną gumkę ze skórzaną łatką. Po czym zabrał mnie na strzelińskie kamieniołomy w celu wypróbowania procy, wybierał i sortował kamyki odpowiedniego rozmiaru, kształtu i masy, a następnie strzelał nimi w wyrobisko z jednej, drugiej i trzeciej strony, z wiatrem i pod wiatr i NIE POZWOLIŁ MI ANI RAZU WYSTRZELIĆ Z TEJ PROCY. Strzelał sam, trwało to długo, ja ciągle marzyłam, że w końcu będę se mogła sama strzelić Z MOJEJ PROCY chociaż raz. Potem wróciliśmy do domu i Tata procę schował. Powiedział, że to jest zbyt niebezpieczne narzędzie dla takiej smarkuli jak ja.

Druga trauma:
Miałam mało lat, nie pamiętam ile, ale był to początek Stanu Wojennego, zatem pewnie gdzieś pomiędzy latami 81-83. A może tuż przed, znaczy w 80 r. Od cioci Jasi dostałam na urodziny zestaw 'Mały Drukarz' w gustownym pudełku. Cuda wianki były w środku - czcionki, ramki, tusz i poduszeczki do tuszu. Udało mi się zajrzeć, zapoznać, ucieszyć i pomarzyć, co będzie dalej. Dalej nic nie było, bo skonfiskował mi to Tato i pewnie użył w swojej tej tam działalności konspiracyjnej. Może jakieś ulotki były składane na mojej plastikowej drukarence, ale prawdę mówiąc wątpię. Po prostu zabrano mi prezent i nie uzyskałam nawet wyjaśnienia, dlaczego.

W zasadzie nigdy o tym nie myślałam. Aż do dzisiaj. Chyba tak to wyglądało:
(Nabyte Spod Lady)

I jeszcze adekwatna piosenka. Do Borewicza adekwatna, dodam.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Lato

Nie umiem ostatnio kwitnąć optymizmem, niestety. Szczególnie, że od soboty Kuba zaczyna urlop i mamy jechać do Kornwalii na tydzień  - i na ten tydzień MetOffice zapowiada ulewy, deszcz żab, a także syf, kiłę i mogiłę. Mam nadzieję, że - jak zazwyczaj - prognozy są z sufitu wzięte i jednak pogoda będzie co najmniej znośna. Bo bardzo, ale to BARDZO, chciałabym zwiedzić Mount St. Michael. Żeby porównać do Mont Saint Michel, który to klasztor widzieliśmy w zeszłym roku. Jeśli się uda, pokażę i porównam. Trzymajcie kciuki.

Zastanawiam się, czy za rok nie zmusić Kuby, żeby wziął urlop na przełomie czerwca/lipca. Bo rok temu się zaczęło ładnie i w tym roku też... (z wcześniejszych lat nie pamiętam). A wczoraj byliśmy w Chobham Common - byłym wojskowym poligonie zawartym między sporymi miastami i autostradą. Oto zdjęcia z mojej debilkamerki:


















Trochę poczarowałam z ujęciami, żeby nie było widać kabli z prądem. Ale tak czy siak - widoki zupełnie jak nie ze środka cywilizacji :)

wtorek, 24 czerwca 2014

Odkurzacz

Musieliśmy zamocować takie ustrojstwo w ogrodzie, bo nam kury od sąsiada z lewej przełaziły pod bramą i dewastowały moje warzywa i nasturcje. No, gadziny:
To odkurzacz jest:
A reszta ogrodu prosperuje, aczkolwiek niedługo przestanie, bo w ogóle nie ma deszczu:








Pociechą mi jest, że wczoraj (po zamontowaniu odkurzacza) coś postanowiło zapolować na kury. Nie wiem co - czy kania (dużo ich lata nad naszą dzielnicą), czy też kot-sąsiad. Nie widziałam niestety, a widok musiał być pocieszny. Usłyszałam tylko kurzy paniczny wrzask coraz cieńszy w wyniku efektu Dopplera, następnie kotłowanie i ponownie kurzy wrzask, tym razem bardziej oburzony niż przestraszony. Kura wtargnęła na posiadłość sąsiada po prawej, przebiegła wzdłuż ogrodu i domu, przecisnęła się przez pręty furtki i wybiegła na ulicę. Nie znam jej dalszych losów, bo dostałam ataku śmiechu i nie mogłam się pozbierać :)

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Do roboty!

Bo jak se człowiek zrobi coś pożytecznego, to mu od razu lepiej. Ja se skosiłam ogród i wyrezałam chwasty spomiędzy kwiatów i warzyw. I co? I fajnie.

Wczoraj fajnie było tylko częściowo, bo sobie zaplanowaliśmy wycieczkę w las i wpadliśmy w takie bagno, że ojej. Z tego wszystkiego zdjęcia robiłam do góry, bo tam akurat było naprawdę ładnie. Na dole było guano. A na górze jak w niebie :)




Z lasu uciekliśmy po godzinie mocno wkurzeni na to, że ani iść, ani siąść i poczytać... Wracając trafiliśmy na pub i humory nam wróciły:


Pub stoi w środku niczego. Ogródek piwny jest od niego oddzielony szosą, po której mało co jeździ. W środku jest klimatycznie i sympatycznie - obsługa przemiła, a stali bywalcy nie wiadomo skąd przychodzą, bo w zasięgu wzroku żadnej chaty.

I wiecie co? Dają tam dobre jedzenie. Niebywałe. Poprzednio w równie klimatycznym miejscu jadłam rozpaćkane fish pie (no, coś w rodzaju kotleta rybnego mielonego , ale chyba ze złotej rybki), a jeszcze poprzednio - nieprzyprawioną rybę w przetłuszczonej panierce. Tutaj dali mi świetnie usmażoną wołowinę, smaczny sos i pieczone ziemniaki, które na pewno nie były pastewne. Warzywka angielskie, znaczy rozgotowane, niemniej jednak całość - na warunki tutejsze, wyspiarskie - oceniam 5/5 (w tym świetne piwo, oczywiście).

O, tu mi dali rybę zupełnie bez soli:




sobota, 7 czerwca 2014

Depresja


Się mi spodobało 'zaczyna się wierzyć, że z tego się wyjdzie'. Bo faktycznie tak jest.

Ja na swoją depresję lekarstwo znam: mieć zajęcie i mieć towarzystwo. Już nie wystarczają mi przyjaciele z netu, bardzo potrzebuję żywego człowieka, z którym można nie tylko rozmawiać, którego można dotknąć, oblać piwem (przez przypadek), pójść do lumpexu i na kawę. Tymczasem pojadę do efki i spróbuję zrealizować parę powyższych (oprócz oblewania). Szkoda, że Exeter nie jest trochę bliżej.

No nic to, poczekam do przeprowadzki, a jak się już okopię na swoim, to spróbuję wyjść do ludzi. Mam nadzieję, że jeszcze potrafię...